W większości artykułów na temat amerykańskiego reżysera Stanleya Kubricka (1928–1999) kładzie się nacisk na jego genialność, dbałość o szczegóły, skłonność do cięć podczas kręcenia i przede wszystkim na nieustępliwą osobowość. Kubrick był człowiekiem, który wiedział, czego chce i zazwyczaj to osiągał, bez względu na to, jak długo to trwało i jak dużo wysiłku go kosztowało. Nie był człowiekiem, który łatwo ulegał czy dawał się zastraszyć.
Ale w jego długiej i udanej karierze wyróżnia się jeden niefortunny i nadal do pewnego stopnia niewyjaśniony incydent. Miał miejsce w Irlandii 50 lat temu podczas kręcenia filmu „Barry Lyndon”, w którym wystąpił Ryan O’Neal.
W mroźną, zimową noc na początku 1974 r., podczas gdy film wciąż był w produkcji, Kubrick niespodziewanie pojechał do Dun Laoghaire koło Dublina, wsiadł na prom płynący do Wielkiej Brytanii ze swoją żoną i małymi córkami, po to, by nigdy nie wrócić do Irlandii.
Pół wieku później wiele szczegółów dotyczących tego, co skłoniło Kubricka do ucieczki, pozostaje niejasnych. Oczywiście, reżyser uważał, że jego decyzja była uzasadniona i wierzył, że jego życie, a być może również życie jego żony i dzieci, było zagrożone w Irlandii.
Ale czy faktycznie Kubrick miał się czego obawiać, czy też padł ofiarą okrutnego żartu?
Historia wygląda mniej więcej tak…






